InDaMiętekKitchen

Babcia sadzała mnie na kredensie obok stolnicy i pozwalała mi lepić pierogi. Patrzyłam jak smaży konfitury z zielonych pomidorów i kilka dni miesza powidła. Zapach szarlotki przyciągał w sierpniowe popołudnia sąsiadów na werandę, a kurczak po wiedeńsku wabił dzieciaki złotą panierką. Nigdy nie uczyłam się gotować. Obserwowałam...gapiłam się często jak ugniata ciasto i wyciąga z pieca pachnące sadem, latem i tamtym ciepłym domem, łakocie. Teraz po wielu latach próbuję stworzyć swój własny, pachnący dom, nie wśród kwitnących jabłoni, ale w apartamencie europejskiego miasta. Nie z pierwszym moim mężczyzną i nie zaraz po maturze, jednak obdarzona tą samą misją. Jestem genetycznie uwarunkowana do przychylania bliskim kulinarnego nieba. Dzień po dniu uczę się być żoną i wierzyć w sens tego przedsięwzięcia. Godzę się ze stratami, obliczam zyski. Podjadam muffiny gdy wątpię i szaleńczo testuję przepisy, gdy wierzę. Nie mamy dzieci. Jest jednak inaczej bystre Shit-zu, które swój niski iloraz inteligencji nadrabia wprost niebywałym urokiem osobistym oraz jednouchy, szlachetny kocur Olek, emeryt po przejściach, któremu na starość kupili szczeniaka-idiotę. Wracając do pichcenia, bo głównie o tym zamierzam pisać, to kocham książki kucharskie, są moją inspiracją. Widzę coś i już wiem jak zrobić to inaczej. Przepisy są dla sumiennych i cierpliwych, ale spróbuję udowodnić, że popyrtańce też mogą gotować. Oł noł coś kipi !!!